Blog roku 2005

Archiwum miesięczne

 Cergowa z Bani Szklarskiej, jesienny świt

 

Jeszcze na gorąco, póki boli nadwyrężone kolano, próbuję spisać wrażenia, strzępy myśli...

Pierwsza, ta dominująca wryta w mózg na ostatnich kilometrach lasu do Komańczy:

NIGDY WIĘCEJ!

Urabianie butami błota o konsystencji gęstego ciasta, z którego trudno wyciągnąć grzęznące powyżej kostek stopy niewiele ma wspólnego z bieganiem. 

To jakiś survival, a ja chciałem tylko biec po błocie...

Mimo, że ukończyłem zawody 7 godzin przed limitem z wynikiem, który przed startem brałbym w ciemno, nie potrafiłem się cieszyć.  Nawet na piwo nie miałem ochoty. Nie było tej euforii, stanowiącej najcenniejszą nagrodę za ukończenie każdego biegu, pozwalającej zapomnieć o bólu i zmęczeniu, powodującej, że ostatnie metry pokonuje się tak jakby nie było tych 150 km i że tuż po przekroczeniu mety myśli się o nastepnych startach. Do tego chyba potrzebni są kibice, ale kto będzie kibicował o 4-tej nad ranem w Komańczy. To nie Chamonix. Może gdyby bieg kończył się w dzień… Nie wiem, może to we mnie coś się wypaliło. Na szczęście na mecie miałem ukochaną rodzinę i przyjaciół – jeszcze raz dziekuję za wsparcie. Bez Was czułbym się jak zbity pies.

Najlepsze chwile biegu to spotkania z żoną, dziećmi, wnukami i przyjaciółmi. Na zawsze zapamietam rewelacyjny Punt Kibica w moim Rymanowie Zdroju, na wspomnienie którego wzruszam się jeszcze teraz. Dla mnie to tu na 110 kilometrze była meta. Tu byłem u siebie i tu wolałbym zostać. W moim widzeniu reszta, czyli pozostałe 40 km, to bolesna formalność, którą należało dopełnić. 

Obsługa wszystkich punktów żywieniowych była bardzo miła i pomocna, ale szczególnie zapamiętałem serdeczność, wsparcie i doping gospodarzy w Bartnem i Iwoniczu Zdroju. 

Pełny serwis w Chyrowej i Puławach można porównać z tym co widziałem na trasach UTMB, może z tą różnicą, że tam jeśli masz ochotę nawet na 10 dokładek bulionu nie ma z tym żadego problemu ;).

Niezwykłe, wręcz mistyczne były punkty na Bukowicy, Wahalowskim Wierchu i Przybyszowie. Jeszcze teraz wydają mi się piękną zjawą, kolorowym snem. 

Bardzo liczna, czujna obecność kolegów GOPR-owców dawała poczucie pełnego bezpieczeństwa i komfortu psychicznego. Wyrazy podziwu i podziękowania dla Organizatorów - pełny profesjonalizm. 

Pogoda idealna do biegania, przyroda czarowała pełnią jesiennych barw. Bardzo załuję, że nie było czasu zachwycać się dłużej, fotografować i że start o północy powodował, że wiekszość biegu odbyła się w ciemnościach bez możliwości podziwiania tych pięknych terenów po których biegliśmy.

c.d.n.