Blog roku 2005

Podobnie jak w poprzednich dwóch etapach przymierzam się do limitu. W najgorszym razie na pokonanie tego odcinka będę miał 7h. Startuję z Kuźnic ale stoper włączam w Murowańcu. Tu również nie miałem wystarczajaco cierpliwości by uzupełnić zapasy w bufecie schroniska - zbyt duża kolejka. Zatem ruszam:

Czerwony Staw 40 min., uzupłniam zapas izotonika rozpuszczając tabletki w wodzie ze strumienia, 5 min postoju. Krzyżne 1h28, nie zatrzymując się ruszam w dół, jest sucho i pogodnie i nie chcę wyobrażac sobie tego zbiegu, gdy skały będą mokre i ubłocone. Schronisko w 5 stawach 2h15, porządny posiłek popity piwem, zaopatruję się również w izotonik. Postój trwa 20 min.  Wodogrzmoty 3h07, czyli 53 min. szybciej niż czas limitu (14h-10h=4h). Biorąc pod uwagę, że biegłem z Kuźnic, a nie Siwej Polany czyli 40 km mniej - szału nie ma. Teraz najgorszy pod każdym względem odcinek całego biegu. Bardzo nieciekawie pod nogami: korzenie, gałęzie,  błoto, ruchome i nieruchome kocie łby, kołki z drewnianymi zastawkami, do tego caly czas w lesie, brak wiaterku, brak widoków, jednym słowem KOSZMAR. Waksmundzka Rówień 3h58, Psia Trawka 4h25, Polana Kopieniec 5h00, Kuźnice 5h45 czyli w limicie z zapasem ponad 1h.

Na odcinku od Wodogrzmotów odnotowałem kryzys żołądkowy, który bardzo mnie osłabił, praktycznie cały czas poruszałem się idąc. Piwo? Trudno jednak przyjąć, że podczas zawodów wszystkie nieszczęcia mnie ominą, więc czas uznaję za realistyczny i nie zakładam, że 17.08 go poprawię. 

Tym razem nie robiłem zdjęć, ale zamieszczam kilka fotek z wcześniejszych wybiegań.

Link do traka GPS --->>> tutaj

Realacja z etapu Ornak-Murowaniec --->>>tutaj

Pozdrawiam wszystkich! Do zobaczenia na szlaku!

Limit 10h od startu do Murowańca został utrzymany, więc zakładam, że ten odcinek należy pokonać poniżej 4h. By urealnić czas treningu w odniesieniu do zawodów, do Hali Ornak biegnę z Zakopanego z plecakiem zawierającym wszystko co trzeba + lustrzanka z nielekkim obiektywem. Najtrudniej było przebić się przez Dolinę Kościeliską od czarnego szlaku, pośród tłumów turystów, wozów, wózków, rowerów i nie wiem czego jeszcze. Planowane zaopatrzenie w izotonik w schronisku odpadło z powodu kolejki do bufetu zaczynającej się 100m przed budynkiem. Zatem przepisowy 1 litr, z którego już połowę wypiłem, musiał wystarczyć do Kasprowego. Pogoda dobra, pod nogami sucho, najpierw biegnę, a później szybko (w stosunku do licznych turystów) idę. Znaki mówią, że na Ciemniak niespełna 4 h. Zobaczmy jak było:

Chuda Przełęcz 1h20, Ciemniak 1h45, Małołączniak 2h05, Kopa Kondracka 2h20, Kasprowy 3h15, Murowaniec 3h55.

By bardziej zbliżyć tempo to tego jakim pobiegnę podczas zawodów (Tatry Zachodnie będą już w nogach), po drodze zrobiłem kilkadziesiąt zdjęć kilkakrotnie zatrzymując się by wyjąć aparat z plecaka, by następnie znów go tam pieczołowicie zapakować, tak by nie uszkodził mi kręgosłupa. Na Kasprowym, w restauracji, zjadłem obiad i popiłem piwem, by nie pomyślał (ten obiad), że pies go zjadł - przepraszam za ten cytat te sympatyczne czworonogi. Zajęło to min. 20 min. Podsumowując:

Bardzo przyjemny etap i trening mimo, że mocno wykręciłem kostkę na równej ścieżce, z powodu dekoncentracji, gapiąc się na fajne turystki. Ciekawe w jakim procencie przyczyniło się do tego piwo... Zgodnie z mottem: "trza być kwardym, nie miętkim" pobiegłem do Kuźnic udając, że nie boli.

Pozdrawiam serdecznie, szczególnie biegających.

Link do traka GPS - >>>tutaj.

Jeszcze kilka zdjęć zrobionych podczas tej wycieczki --- >>> tutaj

Relacja z treningu na etapie Siwa Polana-Ornak --->>>tutaj

Z myślą o zbliżającym się Biegu Granią Tatr chciałem przypomnieć sobie trasę i sprawdzić realne czasy na poszczególnych etapach. Zachęcony przez Organizatorów dzielę się moimi wrażeniami...

Biegnę z plecakiem zawierającym wszystko czego wymaga Organizator. Uwiera, ale trudno, ma być realnie. Nie używam kijków. Celuję w czas 5h - czyli  limit. Początkowo truchtam spokojnie, tak jakbym miał przed sobą nie 27 ale całe 70 km. Schronisko osiągam po ok 45 min., Grzesia po 1h20min., Rakonia 1h50, Wołowiec 2h8min. Pogoda idealna do biegania, pochmurno, chłodno, choć mocno wieje. Wszystko idzie zgodnie z planem. Na Jarząbczym, który wita mnie deszczem i bardzo silnym wiatrem, walczę by nie stracić czapki i nie pogubić się w gęstej mgle. Dociera do mnie, że jest za wolno na planowane 5h. Niby mogę przyśpieszyć ale czy w takim tempie wytrzymam do Kuźnic? Bardzo wątpliwe. Kontynuuję w porywistym wietrze, mrzawce i mgle... Starorobociański 3h47, Ornak 4h27, schodki mokre i śliskie, Iwaniacka Przełęcz 4h45, ścieżka w lesie jakby ją ktoś namydlił. Szczęśliwie bez większych potnięć osiągam schronisko po 5h06. Bardzo boli te brakujące 6 min. Czyżbym tu miał zakończyć rywalizację? Czy należy bardziej się wypruć, nie bacząc na to co będzie dalej? Nie jestem młodzieniaszkiem - 55 lat na karku. Mogę biec długo... ale nie tak szybko...

Po powrocie do domu dowiaduję się o zmianie limitu na tym odcinku na 6h30min. Trochę się uspokoiłem, ale te 6 minut, doskwiera jak drzazga pod paznokciem...

Ogólnie trasa na tym odcinku bardzo malownicza i przyjemna, o ile nie będzie ślisko na zbiegu...

Tutaj link do mojego traka z GPS.

Zapraszam też do obejrzenia fotek z tego odcinka, ale zrobionych podczas innych wybiegań: tutaj, tutaj i tutaj.

Pozdrawiam, szczególnie biegających.

---> Etap II

---> Etap III

 

 

Cokolwiek bym nie napisał i tak nie wyrażę słowami tego co czuję...

Medal dedykuję wszystkim, którzy jeszcze są na szlaku, walczą...

Przymiarki, Cergowa będą na ciebie czekać - za każdym razem inaczej...

 

 

 

 

 

 

 

 

Ale przybiegłeś, jesteś sam na rozstaju dróg, z których każda jest dobra. Odkrywasz, piękno w obrazie, który jest inny niż się spodziewałeś - tak bywa na wiosnę.
Przenikliwy północny wiatr bez trudu pokonuje lekkie ubranie, ale twoją odpowiedzią jest większe tempo. Dostosowujesz się, czujesz się cząstką tego miejsca. Świadomość, że kilometr to 5-8 minut daje komfort swobodnego poruszania się w każdą stronę, "gdzie oczy poniosą". Nie niepokoją cię zapadające ciemności, przecież potrafisz biec przy świetle latarki. Zauroczenie krajobrazem sprawia, że zaliczasz groźny upadek, szczęśliwie bez poważnych konsekwencji. Żal wracać, ale nie możesz tu zostać...

 

Kilkanaście lat temu prezesując Towarzystwu Sportowemu Rymanów Zdrój byłem współorganizatorem Biegu do Źródeł Rymanowskich.  Pamiętam jak bardzo zazdrościłem biegaczom, jak uwierały mnie cywilne ciuchy. Ja - uwikłany w sprawy organizacyjne, zestresowany, zatroskany by wszystko wypadło jak najlepiej, a oni - szczęśliwi, uśmiechnięci. Nie zazdrościłem zwycięzcom, ale tym najbardziej zmęczonym, którzy ledwo dowlekli się do mety. Pomyślałem o zmarnowanej szansie. Dlaczego nie ma mnie wśród nich?

 

Następnym razem byłem...

 

Nie mogłem wtedy wiedzieć, że ta zdrowa zazdrość zawiedzie mnie aż tu, do Chamonix, Mekki wszystkiego co związane z górami.

 

A toczyło się to wszystko jakby było nieuchronne. Najpierw 5 km, potem 7, 10, 14, maraton, pół-maraton,  pierwszy mój bieg górski na Cergową - coś zakiełkowało w mojej głowie. Bieganie po górach to nowy rodzaj wolności, zespolenie z przyrodą. Wielokrotnie zbiegając z Przymiarek lub Zamczyska utożsamiałem się z biegającymi obok sarnami, kozłami. Przeskakując kępy traw, krzaki, nie myślałem o tym na co spadnę, wierzyłem swoim nogom, instynktom. Owszem, chore od młodości kolano czasem protestowało, najpierw swędząc od środka, innym razem puchnąc lub robiąc się gorące. Zawsze jednak udawało się znaleźć kompromis. Tak sobie rozmawialiśmy:

 

- Będę biegał tylko trochę mniej, OK?

 

- Skoro musisz, to biegaj! Po co nieszczęśliwemu człowiekowi zdrowe kolano?

 

Więc biegałem, 3 x Rzeźnik, maraton w Gorcach, wielokrotnie w Tatrach.

 

Tysiące kilometrów... dziesiątki zdartych butów...

 

I oto stoję w Courmayeur w tłumie biegaczy gotowych na wszystko co spotka ich na 100 km alpejskich szlaków. Z potężnych głośników z mocą wciskającą z powrotem powietrze do płuc wybrzmiewają hymny Włoch, Szwajcarii, Francji. Przez te kraje pobiegniemy. Nad nami śmigłowiec z kamerami. Wiatr od łopat przemienia deszcz w gęsty aerozol. Wilgotno w oczach, nie wiem czy od wzruszenia czy od tej wody. Zdajemy się unosić w powietrzu. Spiker, a wraz z nim 1917 gardeł zawodników odlicza, tradycyjne 10,9,..., UFF, wreszcie biegniemy.

 

Pierwszych kilka kilometrów okazało się najbardziej niebezpieczne w całym biegu. To z powodu kijków. Tytanowy grot wbity w moje udo, kilka razy cudem uratowane oko. Większość zawodników zignorowała prośbę organizatora, by używać ich dopiero od momentu, gdy stawka się rozciągnie. Ja kijków nie zabrałem...

 

A potem? Pod górę i w dół, deszcz, mgła, śnieg, błoto, skały, pod górę i w dół, deszcz, mgła, śnieg, skały, błoto, ciemności, śnieg, wiatr, mgła, błoto, deszcz. I tak przez 14h 22min., co dało 192 miejsce ogólnie i 4 miejsce w mojej kategorii, drugie wśród Polaków. Limit wynosił 25 h. Serdecznie współczuję tym ponad 300 zawodnikom, którym nie udało się zmieścić w wymaganym czasie lub musieli wycofać się z innego powodu.

 

Problemy? Zbyt gorąco na podejściach, za zimno powyżej górnej granicy lasu, problemy żołądkowe, ból uda, ból pachwiny, ból odcisków u stóp, ból kolana, ból brzucha, ból goleni, zepsuta latarka (miałem zapasową), przemarznięte do utraty czucia stopy, zbity duży palec u lewej nogi, całkowicie przemoczone ubranie, zmieniona trasa (z powodu oblodzenia skrócono dystans do ok. 90 km, ... więcej nie pamiętam. Naprawdę drobiazgi. Żaden nie groził wycofaniem z biegu bo najważniejsza jest GŁOWA. A w głowie było wszystko ok. Przychodzące na telefon po każdym punkcie kontrolnym SMS-y od moich dzieci, były dowodem na to, że są ze mną, czuwają, kibicują, śledząc gdzie jestem. Wiedziałem również o kilkunastu, może kilkudziesięciu przyjaciołach, którzy przez Internet robili to samo. Więc mimo, że tam wysoko, w zamieci, w ciemnościach, biegłem samotnie, samotnym nie czułem się ani przez chwilę. Momentami myślałem co by było, gdybym spadł w jedną z oznaczonych czerwonym, migającym w ciemności światłem przepaści, które były o metr za nawrotem ścieżki, lub złamał nogę na którymś z wykrotów. Ale te myśli były tylko po to, by pewniej stawiać każdy kolejny krok, wyszukując skały mniej obłocone, mniej ośnieżone, takie, do których podeszwa moich niezawodnych Montrail'li przyklei się jak na super-glue. Nie mogę zawieść! Dotrę do mety cały i zdrowy! Dziękuję za to wsparcie! Było bardzo ważne!

 

Meta? Po północy, przy padającym śniegu z deszczem, gorącym dopingu niezbyt licznych kibiców, w światłach reflektorów i kamer, musiałem spikera nauczyć wymawiać moje nazwisko. Czułem się lekki, szczęśliwy, zupełnie niezmęczony. Gratulacje od organizatora, kamizelka FINISHER CCC, piwo, bieg po depozyt i na kemping. Po drodze telefony i SMS-y z gratulacjami.

 

Czy warto było? Zapominając o kwestiach finansowych z cała pewnością. Wielka przygoda, satysfakcja. Biegłem z najlepszymi wokół Mont-Blanc, teraz pora na niego wejść. Może na nartach?

Dlaczego piszę o tym teraz? Bo mam kilka dni na rejestrację w przyszłorocznej edycji UTMB. Potrzebne punkty zgromadziłem...

 

Mniej więcej 10 lat temu zaczęła się moja przygoda z bieganiem. Czas wszystko zamazuje, a prowadzenie notatek motywuje do dziaiłania. Moje posty na ten temat, będa mieszanką wsponień i (mam nadzieję) nowych relacji.

Od lewej Kińczyk Bukowski, a dalej Bieszczady Wschodnie, UA

 

 

 

Morze mgieł nad doliną Sanu

jeszcze raz dać się ponieść instynktowi, biec

w noc, daleko, samotnie

w przeszywającym na wskroś wietrze zaczekać na słońce

odkurzyć i ustawić na właściwych miejscach swoje skarby

przywrócić czucie

 

Komentarze: 

Strony