Blog roku 2005

Dziekuję kibicom i Rodzinie za fantastyczne powitanie na mecie. Jesteście kochani!

 

 

 

...przebiegłem, choć po prawdzie sporo szedłem, bo od gorąca i duchoty chwilami w głowie mi się kręciło...

 

 

 

Zrealizowane marzenie uczestniczenia w tym niekomercyjnym biegu. Choć nie znałem wcześniej, w tzw. realu żadnego z uczestników, od pierwszego kroku czułem się jak w rodzinie. Ciekawe rozmowy, wzajemna sympatia i życzliwość, radość biegania w najczystszej postaci. Wspaniały support, piękne zakończenie, nawet medal i pamiątkowy Buff. I to wszystko za grosze... Więc da się!
Dziekuję za organizację i zaproszenie. Jesteście wyjątkowi!

 

Są treningi, w czasie których noga podaje tak, iż wydaje ci się że Pana Boga za nogi chywtasz, bijesz rekordy trasy, "endorfiny wylewają się uszami"...

Ale bywają takie, że wyjście z domu graniczy z cudem. Zawsze coś przeszkadza, czas jest nieodpowiedni, rodzina, choroba, kontuzja, ważne spotkanie, zaległa robota, coś dawno komuś obiecane...

A czas płynie... Po kilku tygodnich zauważasz, że nie jesteś już taki jak byłeś... Dawna forma jest historią... Równia pochyła...

I właśnie wtedy musisz to zrobić... długie  wybieganie...

Pobiegniesz tak daleko, że sił wystarczy ci tylko w jedną stronę...

W słocie, zimnie, błocie...

Będziesz walczył nie o rekord trasy, ale by przeżyć, pokonać przenikający na wskroś ziąb, rozgrzać zgrabiałe dłonie, odnaleźć drogę na bezdrożach...

Odnowisz przyjaźń z bólem...

Dobrze jest wtedy wiedzieć, że Ktoś nad tobą czuwa...

Może dlatego nie opuszcza cię pewność, że pokonasz wszystkie słabości i przeciwności?

Wrócisz wyczerpany do cna, ale bezpieczny. Paradoksalnie mocniejszy niż kiedykolwiek byłeś...

 

 

Gdy na zewnątrz jest  5st. C pada i wieje, a o pogodzie mówi się, że "psa by z domu nie wygnał" nie zawsze jest ochota na bieganie. Po głowie chodzą myśli w rodzaju: przecież nie musisz, przemokniesz, zmarzniesz, nie wyleczyłeś jeszcze grypy, doprawisz się...

W takich momentach staje mi przed oczami sylwetka syna ubranego do biegania, kierującego sie do wyjścia ze słowami:

- Słabe bociany zostają w kraju!

 

Dla mnie to najbardziej motywujący tekst jaki kiedykolwiek usłyszałem. Więc przebieram się z myślą, że to przenikające do szpiku kości wilgotne zimno odstąpi mnie gdy zacznę biec.

I rzeczywiście po kilkuset metrach podbiegu jest mi tak ciepło, że muszę rozsunąć zamek kurtki, a gdy to nie pomaga zwolnić tempo by się nie przegrzać.

To jest czas by pomyśleć, nacieszyć się tą pozytwną energią wyzwoloną przez rzucane w twarz porywistym wiatrem krople deszczu. Nie wydają się zimne, przeciwnie ich temperatura jest optymalna do schłodzenia gorącej krwi płynącej do mózgu. Doskonale zaprojektowana chłodnica. Nie muszę tracić wody na pocenie się, deszcz załatwia to za mnie. Pozostanie w domu z powodu tej niby złej pogody byłoby błędem, by nie napisać porażką. Dociera do mnie jak piękny jest las w deszczu.

 

 

Kolory są bardziej intensywne, mgła dodaje tajemniczości miejscom, które jak mi się wydawało, znam na wylot. Jest fantatastycznie. To z pewnością najlepszy trening w tym sezonie. Niewymuszony planem treningowym. Bieg dla samej radości biegania.

 

Teraz jestem biegaczem!

Kiedyś wypsnęło mi się to w rozmowie, a zaraz potem przyszła refleksja... Co upoważnia cię do takiego określenia? Ukończone ultramaratony, choćby najtrudniejsze?

Nie. Biegaczem jestem teraz, kiedy wydaje mi się, że ta ścieżka po której biegnę, ten las, czekały tu na mnie aż się nimi zachwycę i podzielę się swoim szczęściem...

 

Brzanka, Pogórze Ciężkowickie.

 

 

 

 

 

... pstrykniętych kmorka w czasie biegu wokół Mont Blanc.

 

 

 

Moje odparzone, pełne pęcherzy, zdarte do krwi stopy...
Wybaczcie, że nie zatrzymałem się na wasze wołanie bólem tak silnym i tak długim, jakiego nie doświadczyłem nigdy wcześniej, o jakim nie wiedziałem, że jest…

 

Moje otarte do krwi plecy…
Przepraszam, że zapomniałem o was, pewnie należało częściej zmieniać przesączoną solą koszulkę, lepiej dopasować plecak.. i nie mam żalu o ten ból będący jak przypiekanie żagwią...

 

Mój skatowany żołądku…
Dziękuję, że wytrzymałeś tę próbę… i z tej mieszaniny, batonów, żeli, chleba, smalcu, mięsa, makaronu, ciastek, owoców, ampułek, tabletek i saszetek z minerałami popitych kilkunastoma litrami izotoniku, coli, wody, herbaty i bulionu, dałeś mi siły, by pokonać 168 km trudnego, górskiego szlaku UTMB w czasie 40h.

 

Moje zwyrodniałe, a teraz opuchnięte kolano…
Ty nie protestujesz w czasie biegu, ale będziesz potrzebować tygodni by wrócić do sprawności. Dziękuję i przepraszam… i proszę… daj mi kolejną szansę...

 

 

Moje czwórgłowe, dwugłowe, płaskie… serce, płuca…
Byłyście jak ze stali do samego końca. Takimi uczyniły was treningi. Dziękuję!

 

 

Moja szalona głowo…
Dziękuję ci szczególnie! To szaleństwo sprawia, że życie zachowuje intensywne barwy, jak wtedy, gdy byłem dzieckiem, gdy codziennie stawałem przed Nieznanym, gdy potrafiłem tak szczerze cieszyć się, że coś mi się udało i gdy widziałem tę samą radość w oczach moich bliskich…

 

Dziękuję Wam Kibice!
Wspierającym na trasie i dzielących ze mną wzruszenie na mecie w Chamonix, a może i gdzieś w domu przed komputerem. Kibice, którzy wiedzą czym jest sport, którzy cieszą się nie z tego, że ktoś został pokonany, zniszczony, pobity, ale z tego, że ktoś zwyciężył pokonując siebie w trudnej próbie…jak ja, jeden z kilku tysięcy biegaczy na trasach wokół Mont Blanc.

 

 

Dziękuję Organizatorom i Sponsorom.
Pomagacie spełniać marzenia!

 

 

Dziękuję Wam moi Bliscy i Przyjaciele!
Bez Was nie miałoby to sensu, nic nie miałoby sensu...

 

 

 

 

 

29 sierpnia 2014 roku o 17:30 stanę w grupie ok. 2300 biegaczy dzielących ten sam sen starannie przygotowywany przez wiele miesięcy. Pomimo niesamowitej trudności, bedziemy spokojni  dzięki pomocy oferowanej przez 2000 wolontariuszy, którzy w duchu przyjaźni są gotowi do udziału w tej samej przygodzie.
To przygoda ale i wyzwanie na miarę marzeń.
Pobiegniemy  ramię w ramię z Aiguille de Bionnassay i przekroczymy Col du Bonhomme przy świetle księżyca. O wschodzie słońca, miniemy Col de la Seigne zbiegając do Włoch obok magicznych Val Veni, Noire du PEUTEREY i lodowców schodzących z Mont Blanc. Później dotrzemy do Val Ferret, strzeżonej przez Dent du Géant i Grandes Jorasses, zanim w końcu znajdziemy się w Szwajcarii by rozkoszować się w pięknie chronionego krajobrazu.
Musimy pogodzić się ze zmęczeniem, przezwyciężyć nasze lęki i niepokoje. Niektórzy z nas przesuną granice swoich możliwości do ekstremum, a mimo to będą musieli przerwać wyścig by zachować zdrowie i nadzieję, że uda się następnym razem. Będą nagradzani za to co osiągnęli, a ich nazwiska zostaną odnotowane w kronikach  wyścigu.
Pozostali będą wspinać się wśród  bydła na Les Tseppes. Następnie, z Aiguille Verte przed sobą, przez płaskowyż Drus z widokiem na majestatyczny Mont Blanc, będą nurkować w dół w kierunku linii mety w sercu Chamonix.
Zasadą wyścigu jest pół-samowystarczalność. W dziesięciu punktach będą dostarczane napoje i / lub żywność.
Główne trudności: wysokie przełęcze (Col de Voza, Col du Bonhomme, Col de la Seigne, wielki kol Ferret) oraz grzbiet Mont Favre, w Bertone Refuge, pastwiska z bydłem Tseppes i Tete au vent.

Wyjazd sponsorowany jest przez MOTIP DUPLI właściela marki: COLOR MARK i DISTEIN. Sprzętowo bardzo pomógł mi GOPR Zarząd Główny i Grupa Bieszczadzka GOPR.

 

 

Zdjęcia wykonałem w 2012 roku przed startem w CCC (100 km z Courmayor do Chamonix).

 

Istotne informacje:

  • Start 29.08.2014 godz. 17:30 Chamonix
  • Dystans 168km 
  • Przewyższenie +9600m /-9600m
    Do pokonania 10 przełęczy w tym >2500 m.
  • Limit czasu 46h
  • Meta w Chamonix 31.08 w nocy (oby) lub w dzień najpóźniej o 15:30 (zamknięcie trasy).

 

Poglądowa mapa z limitami na punktach kontrolnych.

 

 Profil trasy

 

Użyteczne linki:

 

 

Dwa medale w jednym biegu to rzadkie. Nie wiem tylko dlaczego na większym jest ten sam dystans. Do Wołsatego jest o 23 km dalej, o czym przypominają mi moje kolana.

Strony